Opera Bałtycka

wersja dla słabowidzących

Aktualności

29 grudnia 2020

Opera Bałtycka we wspomnieniach i emocjach pracowników

Opera Bałtycka to przede wszystkim ludzie, którzy za sprawą pasji do wykonywanego zawodu tworzą sztukę na najwyższym poziomie. To zespół, który zna się od lat, osoby, które nazywają Operę swoim drugim domem. Jakie są ich wspomnienia? Które momenty szczególnie zapisały się w pamięci i dlaczego ta praca jest tak wyjątkowa? Poznajcie historie, które chwytają za serce.

 

Wojciech Warszawski: szczęśliwy widz to największy sukces tancerza

Wojciech Warszawski na stałe związał się z Operą Bałtycką w 2016 roku. To właśnie wtedy otrzymał propozycję, aby objąć stanowisko kierownika baletu. Przyjął posadę dopiero po naradzie rodzinnej, bo całe życie mieszkał wraz z małżonką i dziećmi w Warszawie. Jednak Opera Bałtycka budzi w nim szczególny sentyment: to tu przyjeżdżał za młodu ze swoją przyszłą żoną, która grywała gościnnie w spektaklach. Jako uczeń szkoły baletowej podziwiał kolejne premiery, utwierdzając się w przekonaniu, że to wyjątkowe miejsce. Zawsze odwiedzał Gdańsk z radością, coś ciągnęło go na Wybrzeże. Aż w końcu tu zamieszkał, by pracować z zespołem i codziennie doskonalić umiejętności tancerzy.

Pamiętam Operę Bałtycką z najpiękniejszego dla mnie osobiście okresu, gdy Warszawa była na świeczniku jako główny ośrodek baletowy w Polsce, a Gdańsk zawsze bardzo się wyróżniał poprzez liczny zespół i różnorodny, znakomity repertuar. Właśnie to skłoniło mnie po latach, by tu przyjechać. Poza tym zawsze czułem, że jest to miejsce, w którym chciałbym pracować. Zastanawiałem się oczywiście, czy dam radę. Powiedziałem sobie jednak: skoro rzucili ci rękawicę, to ją podnieś i spróbuj – opowiada.

 

Praca w Operze Bałtyckiej to codzienne wyzwanie, które jednak przynosi satysfakcję. W ciągu ostatnich czterech lat nie brakowało wzruszeń i ważnych chwil, ale Wojciech Warszawski ze szczególnym sentymentem wspomina moment, gdy po pierwszej premierze zespół całkowicie się do niego przekonał.

Zobaczyłem wtedy w oczach tych ludzi, że wracają z ogromną radością i sentymentem do swojego wymarzonego zawodu, któremu podporządkowali całe swoje dzieciństwo i życie. Ucieszyli się, że będziemy grać klasykę baletową. Widziałem też radość, że nam się udało, że ten facet, który przyjechał z Warszawy, zaproponował coś, co można nazwać dobrym kierunkiem. Chcę przekazywać na scenie pozytywne emocje, a niekoniecznie brutalność, której mamy dość na co dzień. To zadowolenie widza daje tancerzom poczucie spełnienia. Odnosimy sukces wtedy, gdy widz wychodzi z teatru szczęśliwy.

 

Mirosława Anna Adamczyk: opera to drugi dom

Przyszła do Opery Bałtyckiej, by przez pół roku pomagać swojej mamie, rekwizytorce. Została „na dłużej”, bo mijają już dwadzieścia cztery lata, a Mirosława Anna Adamczyk wciąż pracuje przy spektaklach, dzisiaj jako kierowniczka sekcji rekwizytów. I jak podkreśla – kocha to, co robi. Inaczej się nie da, bo to zajęcie, które wymaga zaangażowania, a nietypowe godziny pracy sprawiają, że nie zawsze można postawić życie rodzinne na pierwszym miejscu. Tylko, że opera to też rodzina.

W ciągu tych wszystkich lat poznałam masę osób. W zespole technicznym musimy tworzyć zespół, współpracujemy ze sobą, współgramy z artystami, w jakiś sposób zabezpieczamy ich pracę – podkreśla. – Musimy pilnować szczegółów, bo gdy artysta musi odegrać scenę zamordowania kogoś na scenie, a nie ma sztyletu, to przecież nie będzie nikogo dusił (śmiech). Jest rodzinnie, bo spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu. Nie wyobrażam sobie dzisiaj, bym miała pracować gdzie indziej.

Osoby, które pracują w kulisach, to ludzie wrażliwi, którzy kochają sztukę. Przeżywają każdy spektakl, zależy im na jego sukcesie. Pani Mirosława może wymieniać wiele wzruszających i podniosłych momentów, ale jeden przychodzi jej na myśl od razu.

Pracowałam zaledwie kilka miesięcy, gdy wyjechaliśmy do Niemiec, by grać „Rigoletto”. W jednej ze scen tytułowy bohater ma zakładaną na oczy półprzezroczysta opaskę, bo musi widzieć, co się dzieje na scenie. Miałam przygotowane wszystkie rekwizyty, ale właśnie ta opaska zaginęła. Tymczasem do wejścia pozostało zaledwie kilka minut! W popłochu szukaliśmy czegoś i w końcu wykorzystaliśmy kawałek dekoracji – czarny materiał, matowy, nieprzezroczysty. Opaskę założono artyście na oczy, a ja nawet nie zdążyłam go uprzedzić, że nic nie zobaczy. Po zejściu ze sceny, zrzucił ją w kulisach na ziemię, a ja zaczęłam go przepraszać. Spojrzał na mnie i powiedział: „Trochę nerwów było, ale nic się nie martw. Ograłem to”. To była taka bardzo sympatyczna, ludzka reakcja, bo przecież wszystko może się zdarzyć! W trakcie takich wyjazdów za granicę zawsze czułam się zaopiekowana. Nawet wtedy, gdy pojechałam pierwszy raz, czułam, że wszyscy jesteśmy równi.

 

Magdalena Szlawska: opera mnie wybrała

Od trzydziestu dwóch lat pracuje jako inspicjentka. Każdy, kto miał okazję obserwować ten zawód z bliska wie, że to jedno z najbardziej stresujących zajęć, bo w rękach inspicjenta leży powodzenie spektaklu.

Chciałam być śpiewaczką operową. Mój tata pracował w Operze Bałtyckiej od samego jej początku, więc wychowałam się z operą w kieszeni, w głowie, w sercu – wspomina. –  Wychowałam się z myślą, że będą śpiewaczką, ale w rzeczywistości była to droga do celu. Przez przypadek zaczęłam pracować jako inspicjent. Dzisiaj, z perspektywy tych trzydziestu dwóch lat, mogę powiedzieć, że praca to moje życie, wszystko jest jej podporządkowane.

W tym czasie nazbierało się wiele opowieści – tych poważnych i mniej poważnych, stresujących i wzruszających. Znajomi namawiają, by spisać to w formie książki, ale tyle się dzieje, że nie ma czasu na dogłębne wspominanie. Udało się jednak przywołać pewną scenę.

Jeżeli chodzi o wspomnienia ze szczególnie przerażających momentów, to na myśl nasuwa mi się jeden. Przed laty pracowałam przy „Don Pasquale“. Podczas próby generalnej zbliżaliśmy się do zmiany technicznej dekoracji, po której miała być jeszcze jedna scena. Tymczasem ja dostałam jakiejś „białej plamy“, całkowicie o niej zapomniałam! Zaczęłam robić zmianę już na ostatnią scenę, zamknęłam kurtynę. Nagle przez mikrofon słyszę, jak mówi do mnie pani reżyser: „Magda, to jeszcze nie teraz!” Później napisałam sobie kartkę z wielkimi literami i czterema wykrzyknikami: JESZCZE NIE KONIEC!!!! Już nigdy więcej mi się nie zdarzyło. Dzisiaj wspominam to ze śmiechem, ale wtedy była to trauma.

Praca w operze, pomimo upływu lat, wciąż wywołuje wiele emocji. Uwielbiam Pucciniego i każdą jego operę bardzo przeżywam. Zwłaszcza przy „Madame Buttlerfly" na końcowej arii płakałam tak mocno, że z trudem koncentrowałam się na pracy.

 

Radosław Palutkiewicz: opera uzależnia

Operze poświęcił całe swoje życie. Przez lata pracował jako profesjonalny tancerz, później tańczył w spektaklach baletowych, był solistą Bałtyckiego Teatru Tańca. Kiedy zrezygnował z zawodowego tańca, pozostał związany z Operą Bałtycką i dzisiaj pracuje jako dźwiękowiec. Specjalnie po to zrobił dodatkowe studia, aby podnieść kwalifikacje. Bycie po drugiej stronie pozwoliło mu ocenić, jak niezwykły, a jednocześnie niewdzięczny jest zawód tancerza.

Bycie na scenie uzależnia. Dzisiaj, kiedy pracuję po drugiej stronie, doceniam, że dalej mogę być blisko artystów, bo ciężko się z operą rozstać. Wybierając kolejny etap mojego życia, nie miałem żadnych wątpliwości, że chcę go spędzić w teatrze – opowiada.

Mając okazję uczestniczyć w przygotowaniach do spektakli i w premierach, zaczął zwracać uwagę na rzeczy, które wcześniej pozostawały w cieniu.

Pracując jako tancerz, musiałem podchodzić do sprawy profesjonalnie, całą swoją uwagę koncentrując na tańcu i nie było zbyt wiele czasu na wzruszenia. Teraz, obserwując to zza kulis, przeżywam spektakle mocniej, zwłaszcza, że słucham ich od początku do końca, skupiając się na szczegółach. Bywa tak, że w operze, która wcześniej mi umykała, znajduję momenty do wzruszeń. Operę, którą akurat gramy, potrafię nucić pod nosem przez cały tydzień. Tak jest na przykład z „Poławiaczami pereł“.

 

Powyższe opowieści to zaledwie drobny fragment tego, co kryje się w operowych kulisach. Opera Bałtycka: cudowny zespół, drugi dom, rodzina. A dla widzów moc wrażeń i emocji, które już niebawem znów będziemy mogli przeżywać razem, na widowni teatru.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Poprzednia

Opera Bałtycka dla dzieci - dlaczego warto?

Następna

70 lat Opery Bałtyckiej